Pewnego dnia udało mi
się osiągnąć wszystko, o czym marzyłam. Skończyłam szkołę, ukończyłam studia,
znalazłam pracę i idealnego chłopaka. Wkrótce wyszłam za mąż i urodziłam córkę,
a w pracy osiągałam niesamowite wyniki. Lecz nic nie trwa wiecznie. Powoli zaczęłam
zawalać wszystkie zlecenia, a co za tym idzie, straciłam pracę. Lecz to da się
przeboleć. Przecież mogę znaleźć inną pracę. Najgorsze jest, kiedy tracimy
kogoś bliskiego.
Trzy lata temu, kiedy jeszcze
wszystko się dobrze układało, zadzwonił telefon. Zdziwiłam się, gdyż było
bardzo późno, a w dodatku był to nieznany numer. Okazało się, ze to był
policjant. Mówił o jakimś wypadku, w którym pijany kierowca prowadzący
ciężarówkę wjechał w auto. Z początku myślałam, że mówi mi to, żebym napisała o
tym w miejscowej gazecie. Lecz to nie chodziło o to. Powiedział mi, kto
prowadził auto, a wtedy mój świat zawalił się. Wybiegłam z domu i popędziłam do
szpitala, do którego zawieziono rannych. Płakałam, chociaż wiedziałam, że to
nic nie pomoże, że muszę być silna. ONI by tego chcieli.
Wbiegłam do szpitala i zaczęłam
wypytywać recepcjonistkę:
-W której sali leżą Izabelle
i Mike Miller? Czy przeżyją? Co się z nimi stało? Gdzie oni są?
-Proszę się uspokoić.
Aktualnie przeprowadzane są operacje. Może pani być spokojna. –Powiedziała
recepcjonistka próbując mnie uspokoić. Ordynator przeprowadzał operacje, które
mają zadecydować o ICH losie. Czas przedłużał mi się w nieskończoność.
Myślałam, że już nie wytrzymam, że muszę ze sobą skończyć, bo bez NICH nie dam
rady. Co jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli przypadkiem źle przetną skalpelem, a
wtedy nastąpi krwotok. Nie mogę tak myśleć. W końcu nadzieja umiera ostania.
Po kilku godzinach ich operacje
dobiegły końca. Z sali wyszedł lekarz, który miał powiedzieć mi, w jakim są
stanie. Cała się trzęsłam, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na moje
nieszczęście lekarz przez długi czas zastanawiał się, od czego zacząć. Zupełnie
jakby miał dla mnie najgorsze informacje.
-Pani Miller?
–Pokiwałam głową słysząc moje nazwisko.
-Pani córka miała
wyjątkowe szczęście, gdyż siedziała po przeciwnej stronie auta, w którą uderzył
samochód. Musieliśmy zaszyć jej ranę w nodze, ponieważ miała tam złamanie otwarte.
Wykryliśmy u niej również małe wstrząśnienie mózgu, ale proszę się nie martwić.
Jego skutki nie są aż tak bardzo drastyczne. Mogą występować zaniki pamięci,
które po pewnym czasie zanikają. –Wydukał na jednym wdechu. Uśmiechnęłam się,
ale po chwili zauważyłam, że nic nie powiedziałam o stanie mojego męża.
-A co z moim mężem.
Coś się stało? Czy to coś poważnego? –Zaczynałam się jąkać, a na mojej twarzy,
nie wiedząc, dlaczego pojawiły się łzy. Wiele łez.
-Stan pani męża
jest….. Podczas operacji wystąpiły pewne komplikacje. Lecz opanowaliśmy je już.
Z powodu wielu urazów pani mąż zapadł w śpiączkę. Niestety, ale nie wiemy,
kiedy się obudzi.- Przecież on może się już nigdy nie obudzić. Już nigdy nie
usłyszę jego głosu, nie zobaczę jego uśmiechu, który mnie rozweselał w
najgorszych momentach. Co ja teraz zrobię?
Po kilku tygodniach ze szpitala
wyszła Izabelle, a Mike jeszcze leżał w śpiączce. Spędzałam w szpitalu całe
dnie i noce siedząc w jego sali, a poprawy brak. Żadnych postępów. Muszę
wierzyć, że nadejdzie lepszy czas i on z tego wyjdzie. Muszę wierzyć dla niej,
dla mojej małej księżniczki.
Od tego momentu każdy dzień, każda
sekunda, każdy miesiąc były naznaczone smutkiem i cierpieniem. Całe szczęście
uciekło z mojego życia. Prysło jak mydlana bajka. Każdego dnia wyrywam kartki z
kalendarza i zastanawiam się ile to może jeszcze trwać. Miesiąc, rok, tydzień…
Minęły już trzy lata. Trzy lata odkąd moje życie straciło sens. Jednak muszę
mieć nadzieję, dla mojej kochanej Izabelle. Ona nie wie o tym, że może już
nigdy nie zobaczyć tatusia. Mówię jej, że po prostu tato organizuje jej bilet
na Księżyc. Lecz najpierw musi porozmawiać z kosmitami, którzy nie chcą mu
oddać statku kosmicznego. W końcu moje kłamstwa skończą się, bo ona dorośnie.
Przestanie wierzyć w bajki. Co ja jej wtedy powiem?
Jak co dzień budzę się rano z
krzykiem, bo myślę, że w nocy jego serce przestaje bić. Nie zjadam śniadania.
Pomagam ubrać się Izabelle i zaprowadzam ją do przedszkola. Uśmiecham się i
całuję ją w policzek, mówiąc: „Przejdę dzisiaj po ciebie o piętnastej. Baw się
dobrze kochanie!”. Po czym wychodzę omijając miejsca, które mogą mi go
przypomnieć. Pamiętam jak chodziliśmy razem do cukierni, gdzie bawił się z
naszą córką. Wycinali w naleśnikach twarze, zakładali je jak maski i straszyli
przechodniów. Uwielbiałam patrzeć jak się razem wygłupiali, rozbawiało mnie to
do łez.
W końcu docieram do szpitala,
ocierając z policzków ślady łez. Zakładam na twarz sztuczny uśmiech i omijam
recepcjonistkę, która próbuje mnie swoim uśmiechem pocieszyć. Zna mnie jak
większość pracowników tego szpitala. Każdy wie o mojej historii, która może się
w każdej chwili skończyć. Wsiadam do windy i naciskam przycisk z wygrawerowanym
numerem osiem. Jedzie powoli, a minuty spędzone w niej ciągną się nieubłaganie.
Przez to w mojej głowie pojawiają się myśli, że ona chce mnie powstrzymać przed
usłyszeniem złych informacji. Przecież to niemożliwe. Wczoraj wszystko było w porządku,
jeśli tak można to nazwać. Przez te myśli wybiegam z windy i odszukuje wzrokiem
sali numer 58. Powoli otwieram drzwi jakbym starała się go nie obudzić. Widzę
te same zielone ściany, szarą podłogę, białą aparaturę, która trzyma GO przy
życiu. Nerwowo spoglądam na kardiomonitor, upewniając się, że linia regularnie
wykrzywia się. Moje nerwy uspakajają się. Całuję go w policzek i siadam na
krześle stojącym przy łóżku i wspominam. Wspominam wszystkie chwile, które
spędziliśmy razem. W mojej głowie pojawiają się sytuacje, które mogą już nie
wrócić. Pamiętam jak uczyliśmy Izabelle jeździć na rowerze, robiliśmy wspólnie
pizzę. To wtedy cała kuchnia była ubrudzona w mące. Jeszcze wtedy uśmiech nie
schodził z mojej twarzy widząc jak w nas wszystkich pojawia się małe dziecko.
Nawet nie zauważam, kiedy mijają
godziny spędzone w szpitalu. Wiem, że muszę już iść. Wychodzę ze sztucznym
uśmiechem przyklejonym do twarzy. Muszę udawać, że wszystko jest dobrze.
Inaczej wszyscy kazaliby mi zapomnieć o osobie, którą kocham. A to przecież
jest najtrudniejszą rzeczą na świecie. Docieram do przedszkola, wchodzę do sali,
w której bawi się Izabelle. Podbiega do mnie wołając: „Mamo!”. Podnoszę ją i
kilka razy zakręcam wokół siebie. Wychodzimy, a ona opowiada mi, co robiła
dzisiaj w przedszkolu. Uśmiecham się i potakuję, myślami będąc w szpitalu.
Nagle pyta się mnie:
-Co dzisiaj będziemy
robić? –Mówi z uśmiechem moja mała gwiazdeczka.
-Dzisiaj odwiedzisz
babcię. Upiekła twój ulubiony tort malinowy. –„Jutro też do niej pójdziesz,
pojutrze także i tak przez kolejne kilka lat dopóki dopóty się nie poddam”
dodaję w myślach.
Docieramy do domu mojej mamy. Ona
jedna rozumie, przez co teraz przechodzę. Uśmiecha się do mnie pocieszająco, po
czym zaczyna zabawiać małą. Wychodzę z budynku i zaczynam biec do szpitala.
Wskakuję do windy i błyskawicznie z niej wychodzę bojąc się, co mnie może
czekać w JEGO Sali. Widzę, że z pokoju numer 58 wychodzi ordynator. Zauważa
mnie, po czym nie uśmiecha się jak wszyscy, tylko bezgłośnie mówi „Przykro mi”.
Po moich policzkach zaczynają cieknąć łzy. Z każdą myślą o przyszłym życiu bez
NIEGO pojawia się ich coraz więcej. Wchodzę do JEGO pokoju. Podchodzę do JEGO
łóżka, łapię GO za rękę i mówię:
-Przepraszam, że nie
mogłam nic zrobić. Przepraszam, że wtedy powiedziałam, żebyście pojechali do
mojej mamy zawieść jej lekarstwo. Przepraszam, że nie uratowałam cię. Przepraszam
za wszystko. Proszę nie zostawiaj mnie, nie odchodź. Będzie jak dawniej,
wszyscy będziemy szczęśliwi.
Pochylam się i całuję
go, po czym szepczę „Zawsze razem mimo to”. Spoglądam na kardiomonitor i widzę
ciągłą linię……
Na podstawie tej historii widzimy
jak kruche jest życie. Przez długi okres budujemy otaczający nas wspaniały
świat. Najpierw staramy się zadowolić rodziców, kończąc szkołę z wyróżnieniem.
Potem chcemy ukończyć najlepsze studia, żeby znaleźć dobrą pracą. Szukamy
miłości, wychodzimy za mąż i zakładamy rodzinę. Każdy marzy o takim pięknym
życiu. Lecz zawsze napotykamy przeszkody na swojej drodze. Przecież wystarczy
minuta, a nawet sekunda, żeby zniszczyć nasz uporządkowany świat. Wszystko wali
się jak domek z kart i przygniata nas. Wtedy potrzebujemy cudu, żeby wydostać
się z gruzów własnego życia.
******
Sorry, że nie ma rozdziału,ale w tym tygodniu mam mnóstwo sprawdzianów i kartkówek. W zamian za to macie One Shot'a. Mam nadzieje, że się Wam spodobał. Rozdziały będą się pojawiać często w czasie moich ferii czyli 20 styczeń- 2 luty, więc dozobaczenia.
xoxo


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz