piątek, 27 grudnia 2013

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szansa na lepsze życie?

„I mam nadzieję, że znajdziesz to czego szukasz.
I mam nadzieję, że to jest to o czym marzyłeś przez całe życie, a nawet więcej”
Miley Cyrus- „I hope you find it”

            Tego wieczoru policja odprowadziła mnie pod drzwi domu dziecka. Nie tylko dzisiaj, tak jest codziennie. Jak zwykle pukają do drzwi, a ja się modlę, żeby akurat dzisiaj wyjechała. Drzwi otwiera kobieta w średnim wieku, niska z niezgrabnie ułożonym kokiem. Ubrana jest w żółtą piżamę i szlafrok. Widać po niej, że niestała kilka nocy. Na jej twarzy widać wiele zmarszczek, które powstały w wyniku zmartwień, złości czy bólu. W ciągu ostatnich lat dużo powstało przeze mnie, a właściwie większość. Ta kobieta to Sophia. Zastępuje matkę wszystkim dzieciom, dla których zabrakło miłości.
                Niepewnie spoglądam w jej zielone oczy. Widzę w nim tak dobrze znaną mi troskę i złość. To niesamowite, że ta kobieta jeszcze wierzy, że mogę się zmienić. Z początku jest niewyspana i mówi, że to pomyłka. Lecz policjant tłumaczy jej wszystko od początku do końca i powtarza, znowu, że jeśli się nie poprawię to zabiorą mnie do domu młodocianych przestępców. Wiem, że się za mnie wstydzi, że najchętniej zaczęłaby płakać, bo jej kazania nic nie dały. Lecz Sophie tak nie zrobi. Obiecuje za mnie, że się poprawie, byleby nie zgłaszali tego do sądu.
                Kiedy policja wraca do radiowozu ona zamyka drzwi i prowadzi mnie do mojego pokoju. Dobrze znam tą drogę. Piętnaście kroków w przód, osiem kroków w lewo. Potem schodami na czwarte piętro i dwadzieścia dwa kroki w prawo. Sophie otwiera drzwi. Jak zwykle skrzypią jakby ktoś przejechał pazurem po tablicy. Powoli zaczynam widzieć  dobrze znany mi pokój. Żółte, podrapane ściany i czarna, kamienna podłoga to znak rozpoznawczy pokojów z bidulu. Na ścianach mojego pokoju są poprzyklejane zdjęcia wielu utalentowanych wykonawców, a po podłodze porozrzucane są kartki, zeszyty, książki. W rogu pokoju, obok zakurzonego okna stoi łóżko. Obok łóżka jest postawiona szafka nocna. To właśnie w niej trzymam rzeczy, których nie powinna zobaczyć Sophie. W przeciwnym kącie stoi biurko, puste. Przy biurku jest krzesło. Zawalone moimi ciuchami i torbami. Obok drzwi poustawiane są buty, a tuż obok nich leży walizka. Ten pokój był świadkiem wielu kłótni, nieporozumień, płaczów, zawodów i oczywiście śmiechu, choć bardzo rzadko. Muszę przyznać, że to właśnie on wie o mnie najwięcej, bo komuś musiałam się czasami wygadać.
                Sophie zamyka cicho drzwi, żeby nie obudzić innych domowników. Gdy się odwraca widzę, że jej oczy robią się czerwone. Już nie może powstrzymać się od łez spowodowanych tym, że ją zawiodłam. Znowu. Niezręczną ciszę przerywa jej donośny, łamiący się głos.
- Ile razy jeszcze będą musieli cię złapać, żebyś przestała? Tyle rozmów na nic. Odwyki na nic. Psycholog na nic. Nie marnuj sobie życia przez jakieś używki! Dlaczego nie odmówisz? Zakazałam ci się z nimi spotykać, a ty nadal utrzymujesz z nimi kontakt. Chyba zostało mi jedno wyjście. Muszę cię odesłać do poprawczaka. Tego chcesz?! –kiwam przecząco głową- Skoro nie, to dlaczego nie przestajesz!? Moja cierpliwość się skończyła. Jeśli kiedykolwiek jeszcze będziesz w takim stanie nawet nie waż się wracać!
Wyszła z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam się zastanawiać jak do tego doszło. Lecz pamiętam to jakby zdarzyło się wczoraj.
                Miałam wtedy 14 lat. Wychodziłam rozłoszczona ze szkoły. Oblałam sprawdzian z biologii. Niby to zwykły sprawdzian, ale niszczył moją wypracowaną średnią. Po drodze spotkałam grupę nastolatków. Byli o rok starsi. To wtedy jeden z nich zaproponował mi Marlboro. Zapaliłam. Zaciągnęłam się nikotynowym dymem, a zaraz potem zakaszlałam. Lecz nie skończyło się na jednym papierosie. Zaczęłam palić codziennie. Wpadłam w nałóg. Mimo, iż widziałam jakie to ma skutki, nie mogłam przestać. Papieros jest dla mnie czymś co mnie uspokaja, jest nieodłącznym przyjacielem. Rok później sięgnęłam po alkohol. Wracałam do bidulu pijana w każdy weekend. Już wtedy trafiałam do szpitala, ale po prostu nie mogłam przestać. Każda próba odwyku kończyła się coraz większą dawką alkoholu. Dopiero miesiąc temu zerwałam z nałogiem. A tylko dlatego, bo nic z tego nie miałam. Właściwie miałam  potem kłopoty i ogromnego kaca. Jakieś pół roku temu odkryłam nowe źródło euforii. Mianowicie narkotyk. Po jego zażyciu wszystko wydaje się prostsze. Życie nabiera barw o jakich istnieniu nie miałam pojęcia. To właśnie przez to policja zgarnia mnie co wieczór.
                Leżę i rozmyślam o swoim życiu. Co ja właściwie robię? A, tak. Marnuję je na jakieś żałosne rozrywki. Powinnam już dawno z tym skończyć. Lecz nie mogę. Nie mam po co. Gdyby był chociażby jeden powód, rzuciłam bym te wszystkie nałogi w jednej chwili.

✪✪✪✪✪✪

                Z pięknego snu wyrwał mnie straszliwy ból głowy spowodowany wczorajszą „zabawą”. W śnie leżałam na łące. Śmiałam się, wygłupiałam, po prostu byłam szczęśliwa. Obok mnie siedziały trzy osoby. Mianowicie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Nie widziałam ich twarzy przez rażące słońce. W tym śnie było coś magicznego, jakby był zdarzeniem wyrwaniem z przeszłości. Lecz to przecież nie ma podstaw. Niestety….
                Otworzyłam oczy i od razu zasłoniłam je ręką, gdyż oślepił mnie blask wschodzącego słońca nad Londynem. Wstałam i wyjęłam z szafki nocnej pudełko czerwonych Marlboro. W tym pudełku jest mój sposób na szczęście. Tak niedostępne w tych czasach. Otworzyłam okno i zapaliłam papierosa. Poczułam jak dym zadrapał mnie w ścianki gardła, a następnie zawirował w płucach, przynosząc dobrze znane ukojenie.
                Cały czas myślę o tym śnie. Ich śmiechy wydawały się…. Znajome. Było w nich coś, co niewątpliwie będzie mnie dręczyć przez kilka następnych tygodni. Chciałabym już dziś poznać odpowiedzieć. Niestety los nie jest łaskawy i zostawił w mojej głowie odrobinkę tajemnicy, a właściwie jej kilka kilo.
                Po wypaleniu fajki, ubrałam się i poszłam do stołówki, która mieściła się na parterze. Poczułam dobrze znaną mi woń ciepłego mleka i czekoladowych płatków. Już z trzeciego piętra słyszałam zaraźliwy śmiech moich znajomych. Kiedy już doszłam do celu ujrzałam ogromne kolejki do stołu z płatkami. Jestem ogromnym leniuchem, więc zrobię sobie kanapki z szynką i warzywami, co raczej nie cieszyło się dużym zainteresowaniem. Po przygotowaniu śniadania przysiadłam się do mich znajomych. Jak zwykle byłam w swoim świecie. Myślami błądziłam po nieznanych mi dotąd zakamarkach wyobraźni. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Sophie.
-Veronica, ktoś chce cie zobaczyć. Czeka na ciebie w moim biurze. Radzę się pośpieszyć. –Słyszałam jej szorstki ton. Wiem, że jest na mnie zła za wczorajszą akcję.
-Tak bardzo cię przepraszam. Przysięgam, że się poprawię. Sophie wybacz mi, proszę. –Po tych słowach zobaczyłam na jej twarzy uśmiech. I tak wszyscy wiemy, że się nie poprawię, ale zawsze można mieć nadzieję. Co nie?
                Szybko zjadłam śniadanie i popędziłam plątaniną korytarzy do biura Sophie. Osobę, którą tam widziałam nienawidziłam od dawna. Jak ona mogła tu przyjść po tym, co zrobiła? Miała włosy związane w kucyk, a na twarzy tonę makijażu. Była ubrana w spódnicę i żakiet w kolorze beżowym.
-Ronnie, słoneczko jak wyrosłaś. –Powiedziała swoim skrzeczącym głosem. Ozięble powiedziałam „cześć ciociu” i ignorując jej wyciągnięte do przytulenia ręce, usiadłam na fotelu.
-Twoja ciocia przyjechała tu, żebyś rozważyła jej kuszącą propozycję. –Oznajmiła Sophie oficjalnym tonem, od, którego zachciało mi się śmiać.
-Veronica, zrozumiałam, że zrobiłam źle i teraz chcę ci to wynagrodzić przynajmniej w taki sposób. Mianowicie chciałabym ci zaproponować wyjazd do Australii. Oczywiście, na tak długo jak zechcesz. Zamieszkasz z moimi znajomymi. Zapisałam cię do tamtejszej szkoły. Mam nadzieję, że przyjmiesz moją propozycję. –Bo uwierzę, że robi to z dobroci serca. Aż tak nie mogła się zmienić.
-Jaki jest haczyk? –Spytałam zaciekawiona.
-Nie ma haczyku. Robię to, bo cię kocham. -Odpowiedziała ciotka ze sztucznym uśmiechem.
-Na pewno uwierzę. Jak jest naprawdę? –Zapytałam ciotkę.
-Chcesz znać prawdę? Tak? To proszę! Twoja matka nagle przypomniała sobie o twoim istnieniu i chce cię odnaleźć. Ja próbuję ciebie ochronić przed cierpieniem. Chcesz znowu przez nią ryczeć? Zanim ona cię znajdzie w Australii miną lata, a może nawet odpuści. Tak więc, proszę cię pojedź do Melbourne i zapomnij o wszystkim co cię tutaj trzyma.

                W jednej chwili, jednym momencie przez jedno zdarzenie zwalił się mój uporządkowany świat, w którym nie było miejsca na matkę, która przypomniała sobie o córce. Wszystko posypało się jak domek z kart, przygniotły mnie. Teraz potrzebuję cudu, żeby wydostać się z gruzów własnego życia.

-Jadę. –odpowiedziałam zdecydowana. Wykorzystam tą szansę i nie pozwolę, żeby moja matka zrujnowała mi to.

2 komentarze:

  1. Jezus, to jest świetnie napisane. Masz talent do przedstawiania jawnie emocji. Pomysł, jest, talent, aż się wylewa! Tylko gdzie wydawnictwo, bo to książka nie opowiadanko na bloga ;) Najbardziej podobały mi się te dwa zdania:
    "Wszystko posypało się jak domek z kart, przygniotły mnie. Teraz potrzebuję cudu, żeby wydostać się z gruzów własnego życia."
    Pozdrawiam i czekam na nn!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, to miło coś takiego usłyszeć (właściwie przeczytać, ale oj tam, oj tam). Masz racje co do książki. Gdyż to jest książka, to projekt szkolny, który robi się w gimnazjum. Można go wybrać, a pani wychowawczyni kazała mojej klasie napisać książkę. Tak, więc BRAWO strzał w dziesiątkę!!

      Usuń