Szansa na lepsze życie?
„I mam
nadzieję, że znajdziesz to czego szukasz.
I mam
nadzieję, że to jest to o czym marzyłeś przez całe życie, a nawet więcej”
Miley
Cyrus- „I hope you find it”
Tego wieczoru policja
odprowadziła mnie pod drzwi domu dziecka. Nie tylko dzisiaj, tak jest
codziennie. Jak zwykle pukają do drzwi, a ja się modlę, żeby akurat dzisiaj
wyjechała. Drzwi otwiera kobieta w średnim wieku, niska z niezgrabnie ułożonym
kokiem. Ubrana jest w żółtą piżamę i szlafrok. Widać po niej, że niestała kilka
nocy. Na jej twarzy widać wiele zmarszczek, które powstały w wyniku zmartwień,
złości czy bólu. W ciągu ostatnich lat dużo powstało przeze mnie, a właściwie
większość. Ta kobieta to Sophia. Zastępuje matkę wszystkim dzieciom, dla których zabrakło
miłości.
Niepewnie spoglądam w jej
zielone oczy. Widzę w nim tak dobrze znaną mi troskę i złość. To niesamowite,
że ta kobieta jeszcze wierzy, że mogę się zmienić. Z początku jest niewyspana i
mówi, że to pomyłka. Lecz policjant tłumaczy jej wszystko od początku do końca
i powtarza, znowu, że jeśli się nie poprawię to zabiorą mnie do domu
młodocianych przestępców. Wiem, że się za mnie wstydzi, że najchętniej zaczęłaby
płakać, bo jej kazania nic nie dały. Lecz Sophie tak nie zrobi. Obiecuje za
mnie, że się poprawie, byleby nie zgłaszali tego do sądu.
Kiedy policja wraca do radiowozu
ona zamyka drzwi i prowadzi mnie do mojego pokoju. Dobrze znam tą drogę.
Piętnaście kroków w przód, osiem kroków w lewo. Potem schodami na czwarte
piętro i dwadzieścia dwa kroki w prawo. Sophie otwiera drzwi. Jak zwykle
skrzypią jakby ktoś przejechał pazurem po tablicy. Powoli zaczynam widzieć dobrze znany mi pokój. Żółte, podrapane
ściany i czarna, kamienna podłoga to znak rozpoznawczy pokojów z bidulu. Na
ścianach mojego pokoju są poprzyklejane zdjęcia wielu utalentowanych
wykonawców, a po podłodze porozrzucane są kartki, zeszyty, książki. W rogu
pokoju, obok zakurzonego okna stoi łóżko. Obok łóżka jest postawiona szafka
nocna. To właśnie w niej trzymam rzeczy, których nie powinna zobaczyć Sophie. W
przeciwnym kącie stoi biurko, puste. Przy biurku jest krzesło. Zawalone moimi
ciuchami i torbami. Obok drzwi poustawiane są buty, a tuż obok nich leży walizka.
Ten pokój był świadkiem wielu kłótni, nieporozumień, płaczów, zawodów i
oczywiście śmiechu, choć bardzo rzadko. Muszę przyznać, że to właśnie on wie o
mnie najwięcej, bo komuś musiałam się czasami wygadać.
Sophie zamyka cicho drzwi, żeby
nie obudzić innych domowników. Gdy się odwraca widzę, że jej oczy robią się
czerwone. Już nie może powstrzymać się od łez spowodowanych tym, że ją
zawiodłam. Znowu. Niezręczną ciszę przerywa jej donośny, łamiący się głos.
- Ile razy
jeszcze będą musieli cię złapać, żebyś przestała? Tyle rozmów na nic. Odwyki na
nic. Psycholog na nic. Nie marnuj sobie życia przez jakieś używki! Dlaczego nie
odmówisz? Zakazałam ci się z nimi spotykać, a ty nadal utrzymujesz z nimi
kontakt. Chyba zostało mi jedno wyjście. Muszę cię odesłać do poprawczaka. Tego
chcesz?! –kiwam przecząco głową- Skoro nie, to dlaczego nie przestajesz!? Moja
cierpliwość się skończyła. Jeśli kiedykolwiek jeszcze będziesz w takim stanie
nawet nie waż się wracać!
Wyszła z
pomieszczenia trzaskając drzwiami. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam się
zastanawiać jak do tego doszło. Lecz pamiętam to jakby zdarzyło się wczoraj.
Miałam wtedy 14 lat. Wychodziłam rozłoszczona ze szkoły. Oblałam
sprawdzian z biologii. Niby to zwykły sprawdzian, ale niszczył moją wypracowaną
średnią. Po drodze spotkałam grupę nastolatków. Byli o rok starsi. To wtedy
jeden z nich zaproponował mi Marlboro. Zapaliłam. Zaciągnęłam się nikotynowym
dymem, a zaraz potem zakaszlałam. Lecz nie skończyło się na jednym papierosie.
Zaczęłam palić codziennie. Wpadłam w nałóg. Mimo, iż widziałam jakie to ma
skutki, nie mogłam przestać. Papieros jest dla mnie czymś co mnie uspokaja,
jest nieodłącznym przyjacielem. Rok później sięgnęłam po alkohol. Wracałam do
bidulu pijana w każdy weekend. Już wtedy trafiałam do szpitala, ale po prostu
nie mogłam przestać. Każda próba odwyku kończyła się coraz większą dawką
alkoholu. Dopiero miesiąc temu zerwałam z nałogiem. A tylko dlatego, bo nic z
tego nie miałam. Właściwie miałam potem
kłopoty i ogromnego kaca. Jakieś pół roku temu odkryłam nowe źródło euforii.
Mianowicie narkotyk. Po jego zażyciu wszystko wydaje się prostsze. Życie
nabiera barw o jakich istnieniu nie miałam pojęcia. To właśnie przez to policja
zgarnia mnie co wieczór.
Leżę i rozmyślam o swoim
życiu. Co ja właściwie robię? A, tak. Marnuję je na jakieś żałosne rozrywki.
Powinnam już dawno z tym skończyć. Lecz nie mogę. Nie mam po co. Gdyby był
chociażby jeden powód, rzuciłam bym te wszystkie nałogi w jednej chwili.
✪✪✪✪✪✪
Z
pięknego snu wyrwał mnie straszliwy ból głowy spowodowany wczorajszą „zabawą”.
W śnie leżałam na łące. Śmiałam się, wygłupiałam, po prostu byłam szczęśliwa.
Obok mnie siedziały trzy osoby. Mianowicie dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Nie
widziałam ich twarzy przez rażące słońce. W tym śnie było coś magicznego, jakby
był zdarzeniem wyrwaniem z przeszłości. Lecz to przecież nie ma podstaw.
Niestety….
Otworzyłam
oczy i od razu zasłoniłam je ręką, gdyż oślepił mnie blask wschodzącego słońca
nad Londynem. Wstałam i wyjęłam z szafki nocnej pudełko czerwonych Marlboro. W
tym pudełku jest mój sposób na szczęście. Tak niedostępne w tych czasach.
Otworzyłam okno i zapaliłam papierosa. Poczułam jak dym zadrapał mnie w ścianki
gardła, a następnie zawirował w płucach, przynosząc dobrze znane ukojenie.
Cały
czas myślę o tym śnie. Ich śmiechy wydawały się…. Znajome. Było w nich coś, co
niewątpliwie będzie mnie dręczyć przez kilka następnych tygodni. Chciałabym już
dziś poznać odpowiedzieć. Niestety los nie jest łaskawy i zostawił w mojej
głowie odrobinkę tajemnicy, a właściwie jej kilka kilo.
Po
wypaleniu fajki, ubrałam się i poszłam do stołówki, która mieściła się na
parterze. Poczułam dobrze znaną mi woń ciepłego mleka i czekoladowych płatków.
Już z trzeciego piętra słyszałam zaraźliwy śmiech moich znajomych. Kiedy już
doszłam do celu ujrzałam ogromne kolejki do stołu z płatkami. Jestem ogromnym
leniuchem, więc zrobię sobie kanapki z szynką i warzywami, co raczej nie
cieszyło się dużym zainteresowaniem. Po przygotowaniu śniadania przysiadłam się
do mich znajomych. Jak zwykle byłam w swoim świecie. Myślami błądziłam po
nieznanych mi dotąd zakamarkach wyobraźni. Z zamyślenia wyrwał mnie głos
Sophie.
-Veronica, ktoś chce cie zobaczyć.
Czeka na ciebie w moim biurze. Radzę się pośpieszyć. –Słyszałam jej szorstki
ton. Wiem, że jest na mnie zła za wczorajszą akcję.
-Tak bardzo cię przepraszam.
Przysięgam, że się poprawię. Sophie wybacz mi, proszę. –Po tych słowach
zobaczyłam na jej twarzy uśmiech. I tak wszyscy wiemy, że się nie poprawię, ale
zawsze można mieć nadzieję. Co nie?
Szybko
zjadłam śniadanie i popędziłam plątaniną korytarzy do biura Sophie. Osobę,
którą tam widziałam nienawidziłam od dawna. Jak ona mogła tu przyjść po tym, co
zrobiła? Miała włosy związane w kucyk, a na twarzy tonę makijażu. Była ubrana w
spódnicę i żakiet w kolorze beżowym.
-Ronnie, słoneczko jak wyrosłaś. –Powiedziała
swoim skrzeczącym głosem. Ozięble powiedziałam „cześć ciociu” i ignorując jej
wyciągnięte do przytulenia ręce, usiadłam na fotelu.
-Twoja ciocia przyjechała tu, żebyś
rozważyła jej kuszącą propozycję. –Oznajmiła Sophie oficjalnym tonem, od,
którego zachciało mi się śmiać.
-Veronica, zrozumiałam, że zrobiłam źle
i teraz chcę ci to wynagrodzić przynajmniej w taki sposób. Mianowicie
chciałabym ci zaproponować wyjazd do Australii. Oczywiście, na tak długo jak
zechcesz. Zamieszkasz z moimi znajomymi. Zapisałam cię do tamtejszej szkoły.
Mam nadzieję, że przyjmiesz moją propozycję. –Bo uwierzę, że robi to z dobroci
serca. Aż tak nie mogła się zmienić.
-Jaki jest haczyk? –Spytałam
zaciekawiona.
-Nie ma haczyku. Robię to, bo cię
kocham. -Odpowiedziała ciotka ze sztucznym uśmiechem.
-Na pewno uwierzę. Jak jest naprawdę? –Zapytałam
ciotkę.
-Chcesz znać prawdę? Tak? To proszę!
Twoja matka nagle przypomniała sobie o twoim istnieniu i chce cię odnaleźć. Ja
próbuję ciebie ochronić przed cierpieniem. Chcesz znowu przez nią ryczeć? Zanim
ona cię znajdzie w Australii miną lata, a może nawet odpuści. Tak więc, proszę
cię pojedź do Melbourne i zapomnij o wszystkim co cię tutaj trzyma.
W
jednej chwili, jednym momencie przez jedno zdarzenie zwalił się mój
uporządkowany świat, w którym nie było miejsca na matkę, która przypomniała
sobie o córce. Wszystko posypało się jak domek z kart, przygniotły mnie. Teraz
potrzebuję cudu, żeby wydostać się z gruzów własnego życia.
-Jadę. –odpowiedziałam zdecydowana.
Wykorzystam tą szansę i nie pozwolę, żeby moja matka zrujnowała mi to.

Jezus, to jest świetnie napisane. Masz talent do przedstawiania jawnie emocji. Pomysł, jest, talent, aż się wylewa! Tylko gdzie wydawnictwo, bo to książka nie opowiadanko na bloga ;) Najbardziej podobały mi się te dwa zdania:
OdpowiedzUsuń"Wszystko posypało się jak domek z kart, przygniotły mnie. Teraz potrzebuję cudu, żeby wydostać się z gruzów własnego życia."
Pozdrawiam i czekam na nn!
Dzięki, to miło coś takiego usłyszeć (właściwie przeczytać, ale oj tam, oj tam). Masz racje co do książki. Gdyż to jest książka, to projekt szkolny, który robi się w gimnazjum. Można go wybrać, a pani wychowawczyni kazała mojej klasie napisać książkę. Tak, więc BRAWO strzał w dziesiątkę!!
Usuń