niedziela, 5 stycznia 2014

ROZDZIAŁ DRUGI

Przeszłość powróciła, lecz niecała…

„Ludzie tacy jak my - musimy trzymać się razem
Trzymaj swoją głowę wysoko, nic nie trwa wiecznie
To jest dla przeklętych, zagubionych i zapomnianych
Ciężko jest osiągnąć szczyt, kiedy żyjesz na dnie”
Kelly Clarkson- „People like us”

      
                Błyskawicznie spakowałam się i czekałam na ciotkę, która ma załatwić wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że jadę do Australii, do Sydney, i jeszcze w to, że kochana mamusia przypomniała sobie o mnie. Na szczęście najprawdopodobniej mnie nie znajdzie. Muszę tam zacząć nowe życie. Od teraz moje motto to: „Najpierw podbij Sydney, potem Australię, a na końcu cały świat” i wszechświat. Marzenia… Lecz marzenia są po to, żeby je spełniać. Tylko, od czego by tu zacząć? Już wiem. Przydałoby się zapiąć wypchaną po brzegi walizkę.
                Kiedy myślę o Australii i oglądam zdjęcia tych pięknych widoków, zdaje mi się, że tam byłam. Lecz to na pewno przewidzenie. Ciocia już wróciła i jedziemy na lotnisko. Zanim usiadłam na fotelu w samolocie, musiałam stać półtorej godziny w kolejce, a na dodatek zgubili mój bagaż. Lecz ciocia zrobiła ogromną aferę i się „cudem” odnalazł. Następnie pożegnałam się z ciotką i wsiadłam do samolotu. Trochę szkoda patrzeć na miasto, w którym spędziłam moje całe dotychczasowe życie, a od dzisiaj nigdy go nie zobaczę. Już nie ujrzę zielonych łąk, miasta tętniącego życiem, Big Ben’a, a co najsmutniejsze nie zobaczę mojej „rodziny”, mojego domu i Sophie.
                Podczas lotu siedziałam przy oknie i dzięki temu mogłam oglądać fantastyczne widoki. To wyglądało jakbym mieszkała w chmurach, a ziemia to odległa planeta. Tak piękna, ale niemożliwa do zdobycia. Na początku bałam się i to bardzo, ale dzięki najmilszemu pilotowi opędziłam się ze złych emocji. Przez cały lot mówił, nad jakim miejscem właśnie przelatujemy. Ze zmęczenia usnęłam, jednak taka wycieczka może przemęczyć człowieka. Ze snu wyrwała mnie stewardessa mówiąca, że muszę już wysiadać. Wysiadłam i zobaczyłam piękne, błękitne morze. Plaże pokrywał rozgrzany od słońca złoty piasek, a góry w oddali wyglądały nieziemsko.
                Weszłam na teren lotniska odebrać walizkę. Na szczęście tym razem nie musiałam jej szukać. Jestem u szczytu ruchomych schodów i już mam schodzić, ale zobaczyłam znajomą mi dziewczynę z tabliczką w ręku, na której jest napisane „MILLER”. Tak, to do niej powinnam podejść. Nagle wszystkie wspomnienia wróciły. Tak jakbym znalazła klucz do starych, zardzewiałych drzwi. Wspomnienia napływały powoli, ale po chwili już wiedziałam skąd ją znam.
                Poznałyśmy się w przedszkolu, kiedy ona jeszcze mieszkała w Londynie. Byłyśmy nierozłączne, a wsączy myśleli, że jesteśmy siostrami. W zerówce wymieniałyśmy się lalkami, po prostu bawiłyśmy się. Wtedy nasi ojcowie zaczęli wspólnie robić interesy. Od tego czasu jeździliśmy wszędzie razem, mieszkałyśmy na tej samej ulicy, nocowałyśmy u każdej na zmianę codziennie. Było jak w raju, lecz los musi się zawsze popaprać. Ona wyprowadziła się z rodzicami i bratem do Sydney. Rozpaczałam dwa miesiące, aż matka wpadła na wspaniały pomysł, żebym jeździła do nich w każde wakacje i ferie. Tak się stało, wykorzystywałyśmy ten czas w stu procentach. Lecz to prysło jak bańka mydlana. Kiedy moja matka odeszła, a ojciec się zabił, nie zobaczyłyśmy się ani razu. Ja się popsułam, ale ona zawsze umiała mi pomóc, więc mam nadzieję, że i teraz mi pomoże.
              Kiedy mnie zobaczyła podskoczyła i zaczęłyśmy biec w swoją stronę. Potem przytuliłyśmy się. Po chwili zobaczyłam na jej twarzy łzy.
-Lucy, ty płaczesz? –Zapytałam, po czym z moich oczu także zaczęły lecieć łzy.
-To są łzy szczęścia Ronnie. Nie mogę uwierzyć w to, że przyjechałaś. Mam ci tyle do powiedzenia. A tak poza tym to zostajesz tu na dłużej? –Powiedziała na jednych wdechu.
-Mam nadzieję, że na zawsze. –Odpowiedziałam z ustami wykrzywionymi w banana.
-Tak tęskniłam –powiedziała Lucy rozczulonym głosem.
-Ja też. A co u was się zmieniło? –Zapytałam szczerze zaciekawiona.
-Mam chłopaka. Ma na imię Jack. Musisz go poznać. Leon ma dziewczynę- Katie. Szczerze to nie za bardzo ją lubię. No, ale cóż, nie mam wyboru. Rodzice postanowili, że zostaniemy tu już na zawsze. Więc chodzę normalnie do szkoły. A, właśnie. Do naszej szkoły chodzi Liam Carter. –Uniosłam brwi w zdziwieniu, kto to.- Zwyciężył X-factor. Australijską wersję, oczywiście. Radzę unikać. Mamy przygotowany dla ciebie pokój. Sama urządzałam, więc jest idealny. –Powiedziała z dumą.
-Jak zwykle skromna. –Odpowiedziałam z uśmiechem.
-Uczeń przerósł mistrza. –Spojrzała na mnie wymownie. Po czym obie zaczęłyśmy się śmiać.
-A, co u ciebie? –Lucy to potrafi wprawić człowieka w zakłopotanie.
-Wolisz gorzką prawdę czy słodkie kłamstwo? –Zapytałam mając nadzieję, że wybierze to drugie.
-A jak sądzisz? –Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Nie lubię, gdy tak robi. To automatycznie zmusza mnie do mówienia prawdy.
-Matka próbuje mnie odnaleźć. –Nagle moje buty zaczęły być bardzo ciekawe.
-Hej, Ronnie. Nie bądź smutna. Jeśli mama będzie chciała cię odnaleźć to będzie zmuszona zabrać mi cię z moich martwych rąk. –Spojrzałam na nią przerażona.
-Nie oczekuję tak dużego poświęcenia od ciebie. –Zapewniłam waleczną Lucy.
-Chodź nasz jednorożec już czeka. –Powiedziała dumnie Lucy.
                Zaprowadziła mnie w stronę taksówki. Kierowca spakował moją walizkę do bagażnika, a my wsiadłyśmy do auta. Przez całą podróż śmiałyśmy się jak za dawnych lat. Kierowca, co chwila spoglądał na nas zdziwionym wzrokiem. W końcu dojechaliśmy pod ogromny dom. Za nim znajdowała się złocista plaża z palmami, a dalej błękitny ocean, na którym surfowała dwójka chłopców. Pewnie to brat Lucy- Leon, i jej chłopak- Jack. Po chwili Lucy szturchnęła mnie i powiedziała:
-Nie gap się. Wiesz jak cię będą dręczyć, kiedy to zauważą? –Zaśmiała się.
- To, co idziemy?
-Jasne. –Odpowiedziałam z uśmiechem.
Wzięłam walizkę i poszłyśmy razem do jej domu. Przed drzwiami zatrzymałam się i wzięłam głęboki wdech. Ale dlaczego tak się stresuję? Przecież poznałam ich wcześniej. To wspaniali ludzie, którzy kiedyś mnie polubili. Nie mogli się przecież aż tak zmienić.
Chwilę później Lucy otworzyła drzwi, a ja zaniemówiłam. Ujrzałam dom swoich marzeń. Ogromny salon z kanapą i kominkiem dodającym temu pomieszczeniu wspaniały nastrój. Dalej widoczna była kuchnia, która została wykonana w kolorach fioletu i szarości. Z salonu można było wyjść na taras, który znajdował się na plaży. Na tarasie postawione zostały krzesła, stół i mały grill. Na krzesłach dojrzałam dwoje ludzi, których dobrze znałam. Kiedy usłyszeli dzwonek oznajmiający otwarcie drzwi odwrócili się, a na ich twarzach pojawił się szeroki uśmiech. Praktycznie w ogóle się nie zmienili. Może pojawiły się jakieś nieliczne niedoskonałości spowodowane procesem starzenia się, ale to są wciąż ci sami energiczni ludzie. Pani Curtis do nas podeszła, a pan Curtis pobiegł zawołać chłopaków.
-Witaj słońce. Jak ty urosłaś. –Powiedziała rozpromieniona mama Lucy.
-Dzień dobry, proszę pani. –Odpowiedziałam, po czym odwzajemniłam uśmiech.
-Mów mi Jessica. Przecież nie jestem, aż taka stara.
Chwilę później przybiegli chłopcy.
-Cześć wujek. –Powiedziałam uwzględniając wcześniejszą uwagę pani Curtis. Ups, Jessici.
-Witaj Ronnie. –Odpowiedział pan Curtis.
-Hej mała. Fajnie, że przyjechałaś. –Powiedział uradowany Leon, czochrając mi włosy.
-Hej duży. –Powiedziałam, przygładzając włosy.
-Część, jestem Jack.- Po czym przytulił mnie.
-Hejka, a ja Veronica. Lecz dla znajomych Ronnie. –Następnie odwzajemniłam uścisk i zaczęłam się śmiać.
                To niesamowite. Jestem w Sydney bardzo krótko, a już czuję, jakbym znalazła prawdziwą rodzinę. Ludzi, którzy mnie szczerze kochają. Którym mogę zaufać. Już uwielbiam to miejsce.





I jak się podobał rozdiał? Według mnie nudny, ale co mi tam. Dzięki za wszystkie odwiedziny. Według mnie obrazek smutny, ale prawdziwy (wręcz łezka w oku), a wy co o nim sądzicie.
CZYTASZ = KOMETUJESZ, TO BARDZO MOTYWUJE

1 komentarz:

  1. Serio świetny rozdział. Ostatnio zapomniałam dołączyć do obserwatorów, więc teraz to nadrobiłam :) Podoba mi się szczególnie to, że do swojej pracy podchodzisz tak... Profesjonalnie? Nie wiem, odniosłam takie wrażenie xD Ach Sydney <3 Już czekam na kolejne perypetie Ronnie i Lucy i pozdrawiam xx. Obrazek prawdziwy, ale cóż. Takie jest życie. Ja na przykład nie mogłabym kochać kogoś, kogo prawie nie znam. Może świruje? Nie wiem xdd
    To chyba koniec tego nieogaru, pozdrawiam i zapraszam do mnie na nn!
    A oto zachęta do przeczytania V:
    " - Malik, nie zachowuj się jak bachor, do cholery! Skończ tą rozmowę! – zaczęłam krzyczeć, no bo niby co innego miałam zrobić?!
    - Ja zachowuje się jak bachor?! – parsknął obracając się w moją stronę – wiesz dobrze, że twoja prywatność zacznie całkiem zanikać? Ludzie będą mówić o tobie! Bez obrazy, słonko, ale nie potrafisz znieść krytyki – zaznaczył."
    http://all-times-enclosed-inthis-one.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń