Przeszłość powróciła,
lecz niecała…
„Ludzie
tacy jak my - musimy trzymać się razem
Trzymaj swoją głowę wysoko, nic nie trwa wiecznie
To jest dla przeklętych, zagubionych i zapomnianych
Ciężko jest osiągnąć szczyt, kiedy żyjesz na dnie”
Trzymaj swoją głowę wysoko, nic nie trwa wiecznie
To jest dla przeklętych, zagubionych i zapomnianych
Ciężko jest osiągnąć szczyt, kiedy żyjesz na dnie”
Kelly Clarkson- „People like us”
Błyskawicznie spakowałam się i czekałam na ciotkę, która ma załatwić
wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że jadę do
Australii, do Sydney, i jeszcze w to, że kochana mamusia przypomniała sobie o
mnie. Na szczęście najprawdopodobniej mnie nie znajdzie. Muszę tam zacząć nowe
życie. Od teraz moje motto to: „Najpierw podbij Sydney, potem Australię, a na
końcu cały świat” i wszechświat. Marzenia… Lecz marzenia są po to, żeby je
spełniać. Tylko, od czego by tu zacząć? Już wiem. Przydałoby się zapiąć
wypchaną po brzegi walizkę.
Kiedy
myślę o Australii i oglądam zdjęcia tych pięknych widoków, zdaje mi się, że tam
byłam. Lecz to na pewno przewidzenie. Ciocia już wróciła i jedziemy na
lotnisko. Zanim usiadłam na fotelu w samolocie, musiałam stać półtorej godziny
w kolejce, a na dodatek zgubili mój bagaż. Lecz ciocia zrobiła ogromną aferę i
się „cudem” odnalazł. Następnie pożegnałam się z ciotką i wsiadłam do samolotu.
Trochę szkoda patrzeć na miasto, w którym spędziłam moje całe dotychczasowe
życie, a od dzisiaj nigdy go nie zobaczę. Już nie ujrzę zielonych łąk, miasta
tętniącego życiem, Big Ben’a, a co najsmutniejsze nie zobaczę mojej „rodziny”,
mojego domu i Sophie.
Podczas
lotu siedziałam przy oknie i dzięki temu mogłam oglądać fantastyczne widoki. To
wyglądało jakbym mieszkała w chmurach, a ziemia to odległa planeta. Tak piękna,
ale niemożliwa do zdobycia. Na początku bałam się i to bardzo, ale dzięki
najmilszemu pilotowi opędziłam się ze złych emocji. Przez cały lot mówił, nad
jakim miejscem właśnie przelatujemy. Ze zmęczenia usnęłam, jednak taka
wycieczka może przemęczyć człowieka. Ze snu wyrwała mnie stewardessa mówiąca,
że muszę już wysiadać. Wysiadłam i zobaczyłam piękne, błękitne morze. Plaże
pokrywał rozgrzany od słońca złoty piasek, a góry w oddali wyglądały
nieziemsko.
Weszłam
na teren lotniska odebrać walizkę. Na szczęście tym razem nie musiałam jej
szukać. Jestem u szczytu ruchomych schodów i już mam schodzić, ale zobaczyłam
znajomą mi dziewczynę z tabliczką w ręku, na której jest napisane „MILLER”.
Tak, to do niej powinnam podejść. Nagle wszystkie wspomnienia wróciły. Tak
jakbym znalazła klucz do starych, zardzewiałych drzwi. Wspomnienia napływały
powoli, ale po chwili już wiedziałam skąd ją znam.
Poznałyśmy
się w przedszkolu, kiedy ona jeszcze mieszkała w Londynie. Byłyśmy
nierozłączne, a wsączy myśleli, że jesteśmy siostrami. W zerówce wymieniałyśmy
się lalkami, po prostu bawiłyśmy się. Wtedy nasi ojcowie zaczęli wspólnie robić
interesy. Od tego czasu jeździliśmy wszędzie razem, mieszkałyśmy na tej samej
ulicy, nocowałyśmy u każdej na zmianę codziennie. Było jak w raju, lecz los
musi się zawsze popaprać. Ona wyprowadziła się z rodzicami i bratem do Sydney.
Rozpaczałam dwa miesiące, aż matka wpadła na wspaniały pomysł, żebym jeździła
do nich w każde wakacje i ferie. Tak się stało, wykorzystywałyśmy ten czas w
stu procentach. Lecz to prysło jak bańka mydlana. Kiedy moja matka odeszła, a
ojciec się zabił, nie zobaczyłyśmy się ani razu. Ja się popsułam, ale ona
zawsze umiała mi pomóc, więc mam nadzieję, że i teraz mi pomoże.
Kiedy
mnie zobaczyła podskoczyła i zaczęłyśmy biec w swoją stronę. Potem
przytuliłyśmy się. Po chwili zobaczyłam na jej twarzy łzy.
-Lucy, ty płaczesz? –Zapytałam, po czym
z moich oczu także zaczęły lecieć łzy.
-To są łzy szczęścia Ronnie. Nie mogę
uwierzyć w to, że przyjechałaś. Mam ci tyle do powiedzenia. A tak poza tym to
zostajesz tu na dłużej? –Powiedziała na jednych wdechu.
-Mam nadzieję, że na zawsze. –Odpowiedziałam
z ustami wykrzywionymi w banana.
-Tak tęskniłam –powiedziała Lucy
rozczulonym głosem.
-Ja też. A co u was się zmieniło? –Zapytałam
szczerze zaciekawiona.
-Mam chłopaka. Ma na imię Jack. Musisz
go poznać. Leon ma dziewczynę- Katie. Szczerze to nie za bardzo ją lubię. No,
ale cóż, nie mam wyboru. Rodzice postanowili, że zostaniemy tu już na zawsze.
Więc chodzę normalnie do szkoły. A, właśnie. Do naszej szkoły chodzi Liam Carter. –Uniosłam brwi w zdziwieniu, kto to.- Zwyciężył X-factor. Australijską
wersję, oczywiście. Radzę unikać. Mamy przygotowany dla ciebie pokój. Sama
urządzałam, więc jest idealny. –Powiedziała z dumą.
-Jak zwykle skromna. –Odpowiedziałam z
uśmiechem.
-Uczeń przerósł mistrza. –Spojrzała na
mnie wymownie. Po czym obie zaczęłyśmy się śmiać.
-A, co u ciebie? –Lucy to potrafi
wprawić człowieka w zakłopotanie.
-Wolisz gorzką prawdę czy słodkie
kłamstwo? –Zapytałam mając nadzieję, że wybierze to drugie.
-A jak sądzisz? –Odpowiedziała pytaniem
na pytanie. Nie lubię, gdy tak robi. To automatycznie zmusza mnie do mówienia
prawdy.
-Matka próbuje mnie odnaleźć. –Nagle
moje buty zaczęły być bardzo ciekawe.
-Hej, Ronnie. Nie bądź smutna. Jeśli
mama będzie chciała cię odnaleźć to będzie zmuszona zabrać mi cię z moich
martwych rąk. –Spojrzałam na nią przerażona.
-Nie oczekuję tak dużego poświęcenia od
ciebie. –Zapewniłam waleczną Lucy.
-Chodź nasz jednorożec już czeka.
–Powiedziała dumnie Lucy.
Zaprowadziła
mnie w stronę taksówki. Kierowca spakował moją walizkę do bagażnika, a my
wsiadłyśmy do auta. Przez całą podróż śmiałyśmy się jak za dawnych lat. Kierowca,
co chwila spoglądał na nas zdziwionym wzrokiem. W końcu dojechaliśmy pod
ogromny dom. Za nim znajdowała się złocista plaża z palmami, a dalej błękitny
ocean, na którym surfowała dwójka chłopców. Pewnie to brat Lucy- Leon, i jej
chłopak- Jack. Po chwili Lucy szturchnęła mnie i powiedziała:
-Nie gap się. Wiesz jak cię będą dręczyć,
kiedy to zauważą? –Zaśmiała się.
- To, co idziemy?
- To, co idziemy?
-Jasne. –Odpowiedziałam z uśmiechem.
Wzięłam
walizkę i poszłyśmy razem do jej domu. Przed drzwiami zatrzymałam się i wzięłam
głęboki wdech. Ale dlaczego tak się stresuję? Przecież poznałam ich wcześniej.
To wspaniali ludzie, którzy kiedyś mnie polubili. Nie mogli się przecież aż tak
zmienić.
Chwilę
później Lucy otworzyła drzwi, a ja zaniemówiłam. Ujrzałam dom swoich marzeń.
Ogromny salon z kanapą i kominkiem dodającym temu pomieszczeniu wspaniały
nastrój. Dalej widoczna była kuchnia, która została wykonana w kolorach fioletu
i szarości. Z salonu można było wyjść na taras, który znajdował się na plaży.
Na tarasie postawione zostały krzesła, stół i mały grill. Na krzesłach
dojrzałam dwoje ludzi, których dobrze znałam. Kiedy usłyszeli dzwonek
oznajmiający otwarcie drzwi odwrócili się, a na ich twarzach pojawił się
szeroki uśmiech. Praktycznie w ogóle się nie zmienili. Może pojawiły się jakieś
nieliczne niedoskonałości spowodowane procesem starzenia się, ale to są wciąż
ci sami energiczni ludzie. Pani Curtis do nas podeszła, a pan Curtis pobiegł
zawołać chłopaków.
-Witaj słońce. Jak ty
urosłaś. –Powiedziała rozpromieniona mama Lucy.
-Dzień dobry, proszę pani. –Odpowiedziałam,
po czym odwzajemniłam uśmiech.
-Mów mi Jessica. Przecież
nie jestem, aż taka stara.
Chwilę później przybiegli
chłopcy.
-Cześć wujek. –Powiedziałam
uwzględniając wcześniejszą uwagę pani Curtis. Ups, Jessici.
-Witaj Ronnie. –Odpowiedział
pan Curtis.
-Hej mała. Fajnie, że
przyjechałaś. –Powiedział uradowany Leon, czochrając mi włosy.
-Hej duży. –Powiedziałam,
przygładzając włosy.
-Część, jestem Jack.- Po
czym przytulił mnie.
-Hejka, a ja Veronica. Lecz
dla znajomych Ronnie. –Następnie odwzajemniłam uścisk i zaczęłam się śmiać.
To niesamowite. Jestem w Sydney bardzo krótko, a już
czuję, jakbym znalazła prawdziwą rodzinę. Ludzi, którzy mnie szczerze kochają.
Którym mogę zaufać. Już uwielbiam to miejsce.


Serio świetny rozdział. Ostatnio zapomniałam dołączyć do obserwatorów, więc teraz to nadrobiłam :) Podoba mi się szczególnie to, że do swojej pracy podchodzisz tak... Profesjonalnie? Nie wiem, odniosłam takie wrażenie xD Ach Sydney <3 Już czekam na kolejne perypetie Ronnie i Lucy i pozdrawiam xx. Obrazek prawdziwy, ale cóż. Takie jest życie. Ja na przykład nie mogłabym kochać kogoś, kogo prawie nie znam. Może świruje? Nie wiem xdd
OdpowiedzUsuńTo chyba koniec tego nieogaru, pozdrawiam i zapraszam do mnie na nn!
A oto zachęta do przeczytania V:
" - Malik, nie zachowuj się jak bachor, do cholery! Skończ tą rozmowę! – zaczęłam krzyczeć, no bo niby co innego miałam zrobić?!
- Ja zachowuje się jak bachor?! – parsknął obracając się w moją stronę – wiesz dobrze, że twoja prywatność zacznie całkiem zanikać? Ludzie będą mówić o tobie! Bez obrazy, słonko, ale nie potrafisz znieść krytyki – zaznaczył."
http://all-times-enclosed-inthis-one.blogspot.com/