niedziela, 16 marca 2014

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jedno słowo, a potrafi podnieść na duchu jak nic innego!

„Spadam, spadam w dół
Chcę zacząć, ale nie wiem jak
Dać ci znać o tym jak się czuję
Mam dużą nadzieje, jestem zaabsorbowany 
Jonathan Clay- „Heart on fire”

                Sydney to miasto pełne różnych kultur i nacji. Dużą część z nich stanowią Chińczycy czy Japończycy. Prawdę mówiąc, na dziesięć spotkanych tutaj osób, osiem z nich to skośnoocy. Może właśnie z tych powodów w tym rozbudowanym miasteczku znalazło się dla nich specjalne miejsce na Dixon Street, które nazywamy Chinatown. Panuje tam istna burza kolorów jak w Chinach czy Japonii.
                Szłam przed siebie, po prostu tam, gdzie mnie nogi poniosą. Ulica składała się z samych sklepików i knajpek. Zdecydowanie zachęcała do odwiedzenia swoim zapachem i różnorodnością potraw. Dodatkowym plusem może być jakaś mała cząstka nauki, która zaistniała na szyldach i w menu, gdyż nazwy restauracji czy potraw pisane były w dwóch językach- mianowicie chińskim i angielskim. Pomimo licznych plusów tegoż miejsca, przechadzając się znalazłam jedną, ale okropną wadę. Przy jednej z knajpek, na szyldzie powieszony był pies.
                To okropne. Przecież pies też jest żyjącą istotą. Ten właściwie to już tylko istotą, ale też ma swoje prawa. Nie można ot tak zabijać zwierząt przecież to takie… nieludzkie. Oczywiście nic nie zrobię, bo kiedy się zacznę o to wykłócać z kuchni wyskoczy jakiś puszysty kucharz z tasakiem i zacznie nim wymachiwać jak ninja. Oczywiście przypadkiem utnie mi rękę. Dobra, koniec moich chorych myśli. Powinnam już wrócić. Pewnie się już pogodzili. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
                Dobiegłam do miejsca, w którym ich zostawiłam. Szczerze spodziewałam się czegoś w rodzaju bitwy na talerze, bo zaczęli wytykać swoje stare błędy. Lecz byłam kompletnie w błędzie. To co się działo naprawdę było kompletnym przeciwieństwem moich przypuszczeń. Po prostu siedzieli i gadali. Lucy, co chwile wybuchała śmiechem, zresztą tak samo jak Liam. Ciekawe jak się pogodzili. No, nic. Później się jej spytam.
                Dyskretnie zakradłam się do ich stolika i stanęłam za Lucy. Pokazałam Liamowi, żeby nic jej nie mówił, kładąc palec na ustach. On dyskretnie pokiwał głową, a ja zakryłam przyjaciółce oczy. Ona pisnęła cicho i spytała niepewnie:
-Czy to Verooonica?
-Taaaaaaak! –odpowiedziałam tak samo przeciągając samogłoskę w wyrazie.
                Usiadłam na miejscu pomiędzy wspomnianą wcześniej dwójką. Nagle nastała niezręczna cisza, którą przerwała kelnerka.
-Dzień dobry! Czy coś podać?
Zdecydowanie nie pochodziła stąd, ale też nie była skośnooką. Obstawiałabym, że jest z Włoch, może z Grecji. Miała oliwkową cerę, która według mnie jest charakterystyczna dla mieszkańców okolic morza Śródziemnego. Jej twarz okalała burza rudych, prostych włosów. Jej brązowe oczy błyszczały w świetle zachodzącego słońca, a mały nosek tonął w jeziorze ledwo widocznych piegów. Miała na sobie niebieski uniform, który najwyraźniej nosiło przed nią wiele kelnerek. Liczne lamy, dziurki oraz przeszycia stanowiły jego nieodłączną cechę. Sądząc po prawdziwości plakietki może mieć na imię Lena. Lena Resto.
-Poproszę burgera. Tylko bez ketchupu –powiedziałam nawet nie zaglądając w kartę.
-Kurczak w sześciu smakach razy dwa –powiedział pewnie Liam.
-Oraz trzy razy sok z gujawy –dodała Lucy do naszego zamówienia.
                Kelnerka napisała nasze zamówienie w swoim notesiku i mruknęła coś w stylu: „Proszę poczekać, zaraz będzie gotowe”. Ja wywnioskowałam z tego tylko tyle, że mogą nam podać mrożonki. Znaczy rozmrożone mrożonki. Jeszcze raz przeanalizowałam nasze zamówienie i zauważyłam, że Liam zamówił za nich oboje. Może wcześniej ustalili lub tak dobrze się znają. Zaczęłam zabawnie ruszać brwiami w ich kierunki, na co Liam zmarszczył czoło, a Lucy zaśmiała się i uraczyła mnie odpowiedzią na niewypowiedziane pytanie:
-Zawsze tutaj zamawialiśmy kurczaka w sześciu smakach z sokiem z gujawy.
-Okay… -odpowiedziałam niepewnie.
-Czekajcie, to nie ona przypadkiem śpiewała tamtą piosenkę. No, wiecie, którą. W każdym bądź razie ma dobry głos. Ronnie powinnaś ją wziąć do zespołu –zaczął gadać Liam.
-Jakiego zespołu? –zapytała Lucy siorbając ostatnie krople wcześniejszego soku.
                W wielkim skrócie wytłumaczyliśmy jej naszą wcześniejszą rozmowę, a Lucy kiwała, co chwila głową na znak, że rozumie naszą historię. Liam dodał też, że pogadał z Geoge’em- jego menadżerem, producentem, kumplem itp. Itd. - co do tego pomysłu, a ten uznał, że może to wypalić. Tylko musimy skombinować osoby, który będą uczestniczyć w naszym przedsięwzięciu. Lucy oczywiście, zaczęła wymieniać osoby, które chociaż w najmniejszym stopniu przejawiają jakikolwiek talent muzyczny, ale ja przestałam jej słuchać prze trzecim z kolei Bob’ie. Zajęta byłam patrzeniem się z wdzięcznością na Liama.
                Moje zamyślenie i gadaninę Lucy przerwał kelner- niejaki Jackson- przynoszący nasze zamówienie. Na tacy ustawione były dwa talerze z kurczakiem polanym sosem, szklanki soku oraz burger, z którego wylewał się ketchup. Chłopak położył zamówienia na naszym stoliku, a wtedy nie tylko ja zauważyłam spływający ketchup.
-Ona poprosiła bez ketchupu –warknął Liam.
-Daj spokój, koleś. To tylko ketchup. Księżniczce nic się nie stanie jak raz nie pójdzie coś po jej myśli –powiedział najwyraźniej nie przejmując się Liamem.
Brązowooki wstał i natychmiast znalazł się przy zdecydowanie niższym chłopcu. Ścisnął go za koszulę, co z daleka pewnie wyglądało jak duszenie, oraz podniósł go troszeczkę nad ziemię. Chłopak zrobił się cały czerwony, co musiało znaczyć, że Liam go troszeczkę podduszał.
-Teraz przeprosisz panią i przyniesiesz burgera bez ketchupu albo będę musiał zedrzeć ten twój uśmieszek z twarzy –wydukał przez zęby Liam, puszczając chłopaka.
                Kelner powiedział ciche „przepraszam” i pobiegł z powrotem do kuchni. Liam natomiast wrócił na miejsce i patrząc w inną stronę, próbował ochłonąć.
-Mogłeś mu dać spokój. Przecież to tylko bułka z mięsem –powiedziałam, przerywając ciszę.
-No właśnie. A on przyniósł z nadprogramowym ketchupem –odburknął, na co ja zdecydowanie trochę za głośno westchnęłam.
-Tak właściwie to, co to gujawa? –spytałam.
-Taki owoc –odpowiedziała Lucy.
-To wiele wyjaśnia –odparłam, biorąc łyka soku.
-Pójdę się spytać tej kelnerki, czy chciałaby dołączyć do twojego zespołu –powiedział Liam, odchodząc od stolika.
-Mówiłam, że ludzie się nie zmieniają –odparła Lucy, gdy Liam odszedł wystarczająco daleko od nas.
-Wcześniej też wykłócał się o ketchup –odparłam.
Na te słowa zaśmiałyśmy się obie tak głośno, że wszyscy dookoła się na nas zaczęli spoglądać ze zdziwieniem, a panujące pomiędzy nami napięcie wyparowało.
-Jak się pogodziliście? –spytałam, kiedy się uspokoiłyśmy.
-On. Powiedział. Tęskniłem. –powiedziała powolnym głosem.

                Tęsknię –jedno słowo, a potrafi podnieść na duchu jak nic innego.

...............................
Co tam u was? Ja jestem choraaaa :( Znaczy już nie, ale jeszcze trochę :) Podobał się rozdzialik i dlaczego pod poprzednim rozdziałem nie było komentarzy? Zacznijcie komentować, bo trochę smutno, gdy widzę, że wieje tutaj takimi pustkami.
A teraz co do bloga. Kompletnie go zmieniła. Po pierwsze nagłówek, według mnie genialny,ale to wasza opinia się liczy. Po drugie lista bohaterów została skrócona. P trzecie usunęłam zwiastun, bo się nie zgadza. I po czwarte zmieniony tytuł na WE CAN BE HEROES.
Pozdrawiam xoxoxo
CZYTASZ=KOMENTUJESZ to bardzo motywuje

1 komentarz:

  1. Świetny rozdział. Na pewno będę czytać dalej. I piękny obrazek na końcu :)
    xx

    OdpowiedzUsuń