Czasami lepiej jest ukrywać swoje
uczucia.
„Widziałam
ogień i widziałam deszcz
Widziałam słoneczne dni
Myślałam, że nigdy się nie skończą
Doświadczyłam samotnych czasów
Kiedy nie mogłam znaleźć przyjaciela
Ale zawsze wierzyłam, że znowu Cię zobaczę”
Widziałam słoneczne dni
Myślałam, że nigdy się nie skończą
Doświadczyłam samotnych czasów
Kiedy nie mogłam znaleźć przyjaciela
Ale zawsze wierzyłam, że znowu Cię zobaczę”
Dido-
„Fire and rain”
Weszłam powolnym krokiem do
salonu, w którym nikt mnie najwyraźniej nie zauważył. Uprzednio zdjęłam kurtkę
i buty, które zdążyły już się ubrudzić błotem, spowodowanym wiosennymi
deszczami. Podczas tych wszystkich czynności, wzrok Lucy uporczywie mnie
śledził. W końcu odezwałam się radosnym głosem:
-Hej
wszystkim! Już wróciłam.
Automatycznie
każdy się odwrócił i odpowiedział mi słowami tj.: „Co tak długo?”, „Siadaj i
zjedz z nami”. A mnie interesowało tylko, o co chodzi Lucy. Podeszłam do stołu i
przytuliłam Jessicę oraz Mike’a. Usiadłam naprzeciwko Lucy, sądząc, że może
wtedy coś mi powie. Oczywiście musiałam odpowiedzieć na wcześniej zadane
pytanie, na które tłumaczyłam, że chciałam pozwiedzać okolicę i zaczęłam
wysławiać piękne krajobrazy tego miasta.
-Sama?
–przerwała mi Lucy, a wtedy zaczęła świdrować mnie wzrokiem.
-Yy… Ze
znajomym –zawahałam się nad odpowiedzią.
-O, a z
kim? –zapytała ciekawska Jessica.
-Nie zna
pani. Raczej nie zna –odpowiedziałam.
-Ronnie,
mówiłam, żebyś nie mówiła do mnie pani. To tak.. Postarza –powiedziała śmiejąc
się ze swoich słów.
-Podobasz
mu się i tyle –rzuciła jakby na wiatr Lucy.
-Co?!
–krzyknęłam nieświadoma jej słów.
-Ale
problem jest w tym, że między „podobasz mu się”, a „kocha cię” jest spora
różnica! –wykrzyczała mi w twarz.
-O co ci
chodzi?! Rzucasz się jakbym była dilerem, a tymczasem ja tylko z nim
rozmawiałam! –odpowiedziałam jej, krzycząc.
-Po prostu
nie chcę, żebyś robiła sobie nadzieje. Niczego sobie nie wyobrażaj, bo zawsze
się rozczarujesz. Zawsze –mówiła coraz bardziej szeptem, a ostatnie słowo
wypowiedziała prawie niedosłyszalnie.
-Co masz na
myśli? –zapytałam równie cicho.
-Ludzie się
nie zmieniają, Ronnie. Nigdy –szepnęła, po czym wbiegła na górę.
-Powinienem
z nią porozmawiać. W końcu to moja siostra –powiedział Leon. –Spokojnie, będzie
dobrze –dodał widząc mój strach.
-Nie to ja
z nią porozmawiam. Naważyłam piwa, to teraz muszę je wypić –powiedziałam,
klepiąc go po ramieniu.
-Tylko bez
alkoholu mi tutaj –powiedziała mama Leona oraz Lucy, próbując rozładować
sytuacje.
Wchodzę powoli schodami, nie wiedząc,
jakich odpowiedzi mogę się spodziewać. O co chodzi jej z tym, że ludzie się nie
zmieniają. Tylko dzięki tej rozmowie mogę się dowiedzieć. Stopień wyżej, więcej
wątpliwości czy zrozumiem jej ból i smutek. W końcu weszłam na piętro, z
którego słychać było cichy szloch. Postanowiłam podążać za tym głosem. Dotarłam
pod drzwi, które jeszcze lekko chybotały się na boki, gdyż gwałtownie otwarte,
rozpędziły się. Na łóżku zwinięta w kłębek, leżała zapłakana blondynka.
Podeszłam do niej powolnym krokiem i powiedziałam:
Podniosła
się do pozycji siedzącej, jednak nadal nie przestała płakać.
-Wiesz,
kiedy powiesz mi, co się stało, może cię zrozumiem –zaproponowałam. –Nie musisz
mówić wszystkiego, powiedz tylko tą namiastkę całej historii, przez którą
jesteś smutna –mówiąc to zaczęłam gładzić ją po plecach.
-Ja.. Ja..
–próbowała powiedzieć, spazmatycznie oddychając.- Ja powiedziałam mu, że go
kocham. A on po prostu odszedł bez słowa. Kiedy wrócił, zapomniał o mnie
zupełnie, tak jakbym nigdy nie istniała. Wiesz, co w tym najgorsze. Każdego
dnia musiałam patrzeć jak całuje coraz to inną laske. Za każdym razem bolało
coraz mocniej. A kiedy dyrektor pochwalił go przed całą szkołą, on nie
powiedział ani słowa o dziewczynie, która z miłości, kazała mu pójść na ten
głupi casting. Jaka ja byłam głupia, kiedy się w nim zakochałam –wydukała
płacząc.
-Ponoć rany
goją się z czasem. Niekiedy jednak z upływem czasu pogłębiają się. Tylko od nas
zależy jak głębokie będą. Musimy sami znaleźć lekarstwo lub plaster, który
zaklei dawną krzywdę. Widzisz czasami jedynym lekarstwem jest zmierzenie się z
problemem. Musimy pokonać demony przeszłości, które wyolbrzymiają nasz strach.
Otóż problemem nie jest problem, ale problemem jest nastawienie do problemu.
Trzeba w końcu zaszyć te rany, prawda?
Pokiwała
twierdząco głowo, po chwili mówiąc ochrypniętym głosem:
-Tylko jak
zacząć?
-Ja już ci
pomogę, ale bądź jutro gotowa o piętnastej, dobrze? –znów pokiwała twierdząco
głową. –Gniewasz się jeszcze?
-Nie, ale
uważaj, bo to nie wszystko. On zrobił coś okropnego. On za…
-Nie chcę
słuchać. To mi już wystarczy –przerwałam jej.
Przytuliłam
ją i powiedziałam:
-Wszystko
będzie dobrze.
-Mogłabyś
zostawić mnie samą –spytała.
Wychodząc
zobaczyłam, że znów zaczyna płakać, ale mam nadzieję, że to już nie przez dawne
problemy, tylko strach przed tym, co wymyślę.
✪✪✪✪✪✪
Wskazówki zegara
przesuwały się niemiłosiernie wolno. W końcu, nadeszła czternasta, a co za tym
idzie musiałam wyciągnąć Lucy z domu. Po moich strasznie długich namowach,
wreszcie wyszła. Zaprowadziła mnie na przystanek, a tam czekałyśmy na autobus.
Wsiadłyśmy, ale Lucy przez całą drogę pytała się mnie, co wykombinowałam. Ja
oczywiście siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. Autobus przyjechał na
wyczekiwany przez nas przystanek Town Hill. Następnie przewiązałam jej oczy
chustką i zaprowadziłam pod wskazany przez Liama adres. Kiedy już byłyśmy na
Dixon Street odwiązałam jej oczy, a z jej twarzy nie można było wyczytać
żadnych emocji.
-Serio? Wyciągnęłaś mnie taki kawał tylko, żeby zobaczyć chińskie
sklepiki –powiedziała ze znużeniem w głosie.
-Nie, to jeszcze nie to.
Rozejrzałam się
dookoła wypatrując chłopaka z zaczesaną grzywką na kilometr do góry. Przepychałam
się przez tłum różnorodnych narodowości, ciągnąc za sobą Lucy. Wreszcie doszłam
na koniec uliczki, bez rezultatów moich poszukiwań. Spojrzałam na zegarek. Jest
piętnaście po piętnastej. Dlaczego ten gamoń się spóźnia. Zostawiłam Lucy w
ostatnim barze na Dixon Street, a sama udałam się na poszukiwania Liama. Idąc
po nieznanej mi ulicy, usłyszałem odgłosy walki, która najwyraźniej rozgrywała
się tuż za rogiem. Jak na takie chwile przystało. Trafiłam na jakieś odludne
miejsce Sydney. Wyjrzałam zza ściany, a tam zobaczyłam Liama tłukącego się z
jakimś chłopakiem. Bezstronnie mówiąc Liam po prostu łoił mu skórę. Chłopak
miał całą twarz we krwi, a jego koszulka była w podobnym stanie. Usłyszałam
głos brązowookiego, wygrażający mu coś. Wolałam nie wnikać o, co chodzi. Kiedy
usłyszałam kroki zbliżające się w moją stronę, bezszelestnie pobiegłam do Lucy.
Co on tam robił?
Może to Lucy chciała mi powiedzieć, a ja po prostu przerwałam. Co jeśli on ją
bił? Nie, nie mogę dopuszczać do mnie takich myśli. Przecież on nie wygląda na takiego,
co bije. Ale ludzi nie ocenia się po pozorach. Zapytam się go. Nie mogę, co
jeśli się wścieknie, a mi dostanie się tak jak tamtemu chłopakowi. Co jeśli
Liam go zabił?
Myśląc o tym
wszystkim siedziałam przy stoliku, w jakiej chińskiej knajpce, popijając dziwne
coś, co poleciła mi Lucy. Nagle zobaczyłam, że z rogu, z którego przed chwilą wybiegłam,
wychodzi Liam. Nie miał żadnych śladów krwi, czy czegoś, co oznaczałoby
wcześniejszą bójkę. Może mi się przewidziało. Może to nie był on. Usłyszałam
dźwięk odsuwającego się krzesła. Najwyraźniej Lucy próbowała uciec, ale ja też
wstałam i zatrzymałam jej zamiary. Swoje niezadowolenie wyraziła cichym jękiem,
ale widząc moją minę zabójcy numer osiem grzecznie z powrotem usiadła. Wkrótce
potem Liam zauważył nas i przywitał się. Kiedy ujrzał Lucy, nie zmienił tonu
głosu, ale Lucy jak mała dziewczynka odburknęła cicho. Na kilometr czuć było
napięcie między nami. W końcu odezwałam się:
-Wy musicie to sobie wyjaśnić na spokojnie. Ja teraz się oddalę, a
wszystko omówicie. Kiedy wrócę macie być już pogodzeni.
Odeszłam, ale oni nadal milczeli. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz